Parking na rondzie

Gdy znaleźliśmy się wreszcie przy przeznaczonym dla nas kontenerze, sami zajęliśmy się w asyście tłumu murzynów zdjęciem namiotu dachowego i koła zapasowego z bagażnika i zamocowaniem namiotu na masce. Słowa asysta nie należy mylić z pojęciem pomoc. Wjechanie do kontenera stojącego na ziemi nie jest specjalnym problemem, więc do tego momentu jakoś szło. Mr Kan z kenijskiej firmy spedycyjnej pośredniczącej w całym procesie, przywiózł własnym samochodem, pozbierane pieczołowicie w czasie wyładunku Defendera miesiąc temu, polskie drewniane kliny i stalowe liny. Niestety, nie dość, że jedna z czterech lin “jakoś zginęła”, to nikt nie dysponował gwoździami, listwami, czy choćby młotkiem. Zakup gwoździ i przywiezienie z domu prywatnego młotka zajęło tyle czasu, że kontener z niezamocowanym Defenderem musiał zostać załadowany na ciężarówkę i wywieziony z terenu warsztatu pracującego tylko do godziny 13. Na gwoździe, listwy i młotek czekaliśmy na rondzie obok warsztatu. Tak, tak. Ciężarówka zatrzymała się na rondzie! Staliśmy lub siedzieliśmy w kucki obok ciężarówki w smrodzie spalin. Ot taki afrykański sposób traktowania klienta. Następna godzinka i już są gwoździe, będzie więc można przybić do podłogi kontenera kliny umieszczane pod kołami samochodu. Brawo! Okazuje się jednak, że nie możemy tego zrobić na rondzie (znowu nie wiem dlaczego rondo to złe miejsce? Jakiś jestem tępy, więc i ciężarówka z niezamocowanym w kontenerze Defenderem i my w prywatnym aucie Mr Kana jedziemy na poszukiwanie odpowiedniego miejsca, gdzie będzie można spokojnie zamocować samochód w kontenerze.